W co gra Rosja?

    Rosja chce wkroczyć na Ukrainę. Wczoraj mówiono o interwencji na Krymie, dziś deputowani Dumy mówią o innych rejonach ukraińskiej ziemi. Czy mają ku temu powód? Jasne, jeśli Putin chce znaleźć powód – znajdzie go. Władimir Putin jako ojciec narodu broni swoje społeczeństwo. Czy Rosjanie są atakowani na Krymie? Nie ważne – Putin mówi, już podał swój argument. 
Jeszcze ponad 20 lat temu krytykowano Kreml, że nie prowadzi odpowiedniej polityki repatriacyjnej. Po rozpadzie ZSRR ponad 25 milionów Rosjan znalazło się w „obcej” ziemi – W Estonii, Białorusi czy na Ukrainie. Nie mieli pomysłu jak rozstrzygnąć ten problem. Nie posiadali też warunków gdzie umieścić takie ilości ludzi. Problem ucichł.
Dziś to dla Rosjan idealny pretekst aby wkroczyć do innego państwa – bronić swoich rodaków. Proste. Prorosyjski Krym nie zdaje sobie sprawy jaką marionetką jest dla prezydenta Putina. 
Cytując „Süddeutsche Zeitung” – Putin bierze sobie to, co chce. Dosłownie. Chce dokonać agresji na Gruzję – atakuje ją. Czy ponosi wobec tego jakiekolwiek konsekwencje ze strony areny międzynarodowej? Raczej żadnych. 
Putin decyduje się „bronić swoich” na Krymie – mobilizuje siły. Co na to Europa, Sojusz Północnoatlantycki czy ONZ? Dyplomatycznie – jak na razie NIC. Putin wybrał idealny moment, w końcu czy ktoś spodziewał się decyzji o wejściu wojsk rosyjskich na terytorium Ukrainy w sobotę 1 marca? Mamy weekend, zachodni politycy świętują, balują, jeżdżą na nartach. Omówią problem Ukrainy, oczywiście, tyle że dopiero w poniedziałek. Putin umie się spiąć – my nie niestety. Wyrażamy zaniepokojenie, ubolewanie, solidarność. Czekamy, pytanie czy nie zareagujemy za późno. Rosjanie już opanowali jednostki wojskowe Ukrainy, m. in. dywizję sił powietrznych Ukrainy w Sewastopolu. Zachód nic nie robi. Czy znowu musi paść kilkadziesiąt ofiar jak jeszcze niedawno na Majdanie by ktoś zareagował? Mamy pikiety pod ambasadami rosyjskimi, trwają narady polityków czy akcje protestacyjne na facebooku. To daje oczywiście piękny wyraz solidarności – nie zatrzyma jednak działań wojennych. Nazwijmy rzeczy po imieniu – jeżeli jeden kraj wchodzi ze swoim wojskiem na teren drugiego suwerennego państwa – pojawia się konflikt, rozpoczyna się akcja wojenna. Nie ważne jak nazwiemy ten konflikt – ważne jak szybko świat zachodni zareaguje na agresję rosyjską. Jeszcze nie przelała się krew, jeszcze. 
    Putin stracił Ukrainę kilka dni przed zakończeniem Igrzysk w Soczi. Majdan zaktywizował swoje zachowanie. Raz, dwa, trzy – Janukowycz stracił mandat społeczny i uciekł z kraju. Putin miał związane ręce i czekał do zakończenia Soczi. Co teraz? Putin chce dokonać porządku. Skoro sytuacja na Ukrainie jest napięta a naród jest podzielony – tu proeuropejski, tam prorosyjski – trzeba pomóc aby destabilizacja nie powiększyła się. Szkoda, że w XXI wieku Putin chce dokonać tego siłą. 
    W 2008 roku Lech Kaczyński prognozował agresję Kremla na Ukrainę. Kilka dni temu Tusk mówił o specyficznym podejściu Putina do prowadzenia stosunków międzynarodowych. Polityka siły, polityka agresji, polityka represji. 
Niemiecki „Tagesspiegel” analizując zachowanie Rosji twierdz, że kryzys na Krymie to zainscenizowana prowokacja jak z podręcznika KGB: destabilizuj i przygotuj grunt pod interwencję pod pretekstem ochrony rosyjskiej mniejszości. Zgadza się, wojska Federacji Rosyjskiej wchodzą do innego państwa, bronią swojej mniejszości – przy okazji wezmą sobie trochę ziemi. 
W co gra Putin? Realizuje politykę mocarstwowości. Ukrainę traktuje jak swoją ziemię. Utrata Ukrainy, odcięcie prorosyjskiej władzy Janukowycza to policzek dla Kremla.
Putin pojawił się na arenie politycznej Rosji w 1999 roku jako premier, który dokonał agresji w Czeczenii. Obiecał Rosjanom, że ich obroni a terrorystów dorwie – cytując: „nawet w kiblu”. Otrzymał od społeczeństwa wielki mandat poparcia. Gdy go tracił – manipulował opinią społeczną, podkręcał sondaże przedwyborcze i dokonywał fałszerstw wyborczych. Dziś traci poparcie w swoich kraju. Zyska je jeśli dokona agresji na Krym. Putin walczy o dodatkowe 10% przychylności w swoim kraju, zrobi wszystko by utrzymać się przy władzy. Jeśli wkroczy przy tym do innego państwa – żaden problem.
Nie może on pozwolić sobie na rosyjski Majdan. Putin gra o przetrwanie, o swoją przyszłość. 

Polska mentalność – dasz palec, to wezmą całą rękę…

    Igrzyska w Soczi za kilka dni przejdą do historii.Byliśmy świadkami wielu wzruszeń
i radości – emocjonalny rollercoaster. Każda konkurencja przyniosła niezwykłe poruszenie. Skupię się na jednej, mi najbliższej. Skoki narciarskie mają  sobie w dramat, smutek, łzy, rozczarowanie – po radość, zachwyt i euforie. Przed pierwszym konkursem na średniej skoczni (9.02) Robert Kranjec zaliczył upadek podczas kwalifikacji. Nie musiał brać w nich udziału – jako zawodnik czołowej „dziesiątki” Pucharu Świata miał zapewniony udział w zawodach. Dlaczego mimo to skakał? Ambicja, chęć sprawdzenia siebie lub najzwyczajniej dla możliwości oddania kolejnego skoku treningowego. Niestety, niefortunnie upadł. Słoweńscy kibice utracili nadzieję – dobry zadownik ma kontuzję, nie wystąpi, zagrożona jest pozycja całej drużyny. Słowenia, kilka tygodni temu typowana złotą drużyną podczas Igrzysk w Soczi zajęła 5 miejsce. Jeden z faworytów Thomas Morgenstern kilka tygodni temu leżał na oddziale intensywnej terapii, wczoraj dołożył swoje metry do srebrnego medalu dla Austrii. Skoki narciarskie są nieprzewidywalne. 
    Zastanawia mnie pojęcie przewidywalności w skokach narciarskich. Absolutnie nie zgadzam się, aby mogło być ono używane w tej konkurencji. Po dwóch złotych medalach Kamila Stocha troszkę się zapomnieliśmy. Wszyscy do około, którzy wypowiadali się za pośrednictwem mediów – tv, internetu czy radia przewidywali nam złoto w drużynówce. Na podstawie (zasłużonego) sukcesu Kamila Stocha trochę koloryzowaliśmy. Aby wygrać w zawodach drużynowych należy oddać 8 bardzo dobrych skoków. We wcześniejszych, indywidualnych zawodach Kamil oddał po 2 dobre skoki.  Dzięki niemu możemy czuć radość, wzruszenie, podziw i dumę będąc Polakiem, mając takiego skoczka.
Otrzymaliśmy Mistrza – chcieliśmy jednak więcej. Presja była ogromna. Podium, pudło, medal, wygrana, złoto, najlepsza drużyna świata, sukces, uda się, wierzymy. Takie hasła padały najczęściej. Fakt, wierzyłam, nie zaprzeczam. Wierzyłam w drużynę Łukasza Kruczka. Nie zawiodłam się. Chłopaki pokazali klasę – pierwszy raz w historii Igrzysk stanęli na WYSOKIM czwartym miejscu. Czwarte miejsce oczywiście jest pozycją niewdzięczną – tuż za podium, tuż za medalem. Nie byliśmy tuż za medalem – Niemcy, Austria i Japonia spisali się lepiej. Niemcy, Austria i Japonia są mistrzami w skokach. Siedzą w tym od dawna, mają niezłe kompleksy sportowe i szkoleniowe. My dopiero się rozwijamy. Mieliśmy Adama Małysza, przez kilka pięknych lat był jeden polski skoczek narciarski, który wzbudzał w nas wiele pozytywnych emocji. Był Małysz… i długo, długo nic. Dziś mamy kadrę, prawdziwą kadrę. Stocz, Kot, Ziobro, Żyła, Kubacki, Miętus, Biegun.. Mamy w czym wybierać. Mamy co szkolić, kogo doskonalić w i kogo inwestować. Byliśmy w tyle, zacofani. Nikt nie miał w nas przeciwnika. Dziś? Jedna z najlepszych drużyn świata. Powtarzam – nie najlepsza, jedna z najlepszych. 
Otrzymaliśmy złoty palec (no, dwa palce  – medale Kamila Stocha), chcieliśmy od razu chapnąć całą rękę. Czy Polski kibic czułby się lepiej, gdyby przez złe warunki atmosferyczne drużyna Niemiec, Austrii i Japonii oddałaby jeden-dwa złe skoki dzięki czemu uzyskalibyśmy złoty medal? Obawiam się, że tak. Sprawiedliwość jest rzeczą niepojętą, obawiam się, że po prostu ona nie występuje. Zawsze ktoś okaże się lepszy a ktoś gorszy. Cieszę się, że okazaliśmy się gorsi ze względu na dalsze braki względem potęgi Niemiec czy Austrii, niż lepsi za pomocą silniejszego podmuchu wiatru. 
    Chłopaki z kadry Łukasza Kruczka dali nam niesamowite emocje. Każdy z osobna – spowodował mocniejsze bicie serca. Ktoś skoczył dalej, inny perfekcyjniej wylądował. Jeden spóźnił skok, drugi nie podkreślił telemarku. Możemy gdybyś, analizować, obserwować i bawić się w specjalistów skoków narciarskich. Możemy, takie jest nasze prawo. Dobrze, jeżeli nie zapominamy w tym o szacunku dla drugiego człowieka. Ostatnimi czasy modny jest hejt, hejtowanie, krytyka, skrajne obrażanie. A hejt się już uaktywnił. Nie minęła doba od występu Polaków w drużynowym konkursie – media już wskazują winnego, Piotra Żyłę. Okej, był on najsłabszym ogniwem w drużynie. Zawsze taka osoba się znajdzie, nie ma takich takich ludzi – takich samych skoczków. Trafiło na Piotra Żyłę. Swoją drogą – kto jest na tyle bezczelny oceniając poziom jego formy i wiążąc ją w udziałem w reklamie telewizyjnej – od tego źle się skacze? Ręce opadają.
Zdarza się nawet najlepszym zepsuć skok (sam Kamil Stoch nie był zadowolony ze swojej próby podczas pierwszej serii). Co by było gdyby Żyła skoczył dwa dobre, równe skoki? Co by było gdyby Stoch wylądował cztery metry dalej? A może jakby Niemcy oddali jeden zły skok to mielibyśmy pudło? Gdyby ciocia miała wąsy to by byłą wujkiem. Zajęliśmy najlepsze miejsce w historii, cieszmy się. Nakręcaliśmy się wzajemnie, niestety, nie umiemy teraz tego zakończyć. Zaraz po zdobyciu drugiego złota przez Kamila media ogłosiły naszą drużynę najlepszą mówiąc, że złoto jest na wyciągnięcie ręki. Pewnie, że jest, było. Dla lepszych, a wygrywa najlepszy. Ten, który najlepiej skoczy, nie ten, którego media nazwały faworytem, pewniakiem, medalistą jeszcze przed przeprowadzeniem zawodów. 
    To bardzo miłe, że kilka milionów Polaków zasiadło przed telewizory oglądając skoki narciarskie. Lubimy, gdy wygrywają nasi – utożsamiamy się z taką wygraną, chyba tak to działa. Mam nadzieję, że chociaż jeden milion osób, które śledziło skoki chłopaków od Łukasza Kruczka będzie dalej dopingować drużynę w pozostałych konkursach – tych znanych i mniej znanych. Czwarte drużynowe miejsce może niestety zmniejszyć liczbę kibiców. Piotr Żyła może „oberwać” na forach internetowych, tam najłatwiej – w końcu jeśli jestem anonimowy, to mogę więcej, nie? O ironio. 
Myślę, że prawdziwi kibice zostaną, na dobre i na złe. Nie będą powtarzać medialnych głupot, nie będą obrażać i krytykować.
Krytyka, krytyka… W tym, jako naród jesteśmy super. Narzekamy, krytykujemy, tak w kółko. Bo rząd, bo pogoda, bo pociągi, tu skoczkowie, tam autostrady, tu szkolnictwo o niskim poziomie, tu za mało zarabiamy, tam za drogo, za daleko a tu mi się nie chcę.
Tyłek z kanapy, siłownia, poszukajcie po drodze talentu i kierunek Wisła-Malinka czy Wielka Krokiew i do zobaczenia na kolejnych zimowych Igrzyskach Olimpijskich, powodzenia. 

 

Joanna Kot 

Ciąg dalszy nastąpi

    Rok 2013 był specyficznym momentem na arenie międzynarodowej. Kilka wydarzeń, nowych twarzy, które rozpoczęły procesy zmian w stosunkach między państwami. Podkreślmy – rozpoczęły. 
  Edward Snowden, Syria, Stany Zjednoczone, Rosja, Władimir Putin, Ukraina. Sześć tematów, cztery kraje, obozy polityczne rodem z zimnej wojny, miliardy zainteresowanych oczu. Rok 2013 przedstawia mecz – po zachodniej stronie demokratyczny Waszyngton, po stronie wschodniej – silna Moskwa. Dodatkowo zachód dostał jednego zawodnika ekstra – Unię Europejską.
   Snowden uciekł z demokratycznego państwa, oskarżył je o podsłuchiwanie obywateli – oskarżył o złamanie m.in. tajemnicy korespondencji. Snowden powiedział głośno coś, o czym co druga osoba wiedziała – inwigilowane są nasze rozmowy telefoniczne, e-maile czy aktywność na portalach społecznościowych. Snowden uciekł po ratunek – otrzymał go od Władimira Putina.
1:0 dla Rosji. 
   Syria – miejsce brutalnego konfliktu i łamania praw człowieka. Bilans ofiar śmiertelnych w trwającej od 2011 roku wojnie według oficjalnych danych przekracza 200 tysięcy. Zniszczone domy, szkoły. Dzieci osierocone i wywiezione poza granice własnego kraju, egzystują w obozach dla syryjskich uchodźców. Bez perspektyw, planów, możliwości – bez jakiejkolwiek przyszłości. Ponoć tak wygląda piekło.
Barack Obama chciał zakończyć wojnę w Syrii. Nie miał na to pomysłu. Pojawiła się propozycja rosyjska. Broń chemiczna zostanie zlikwidowana. 2:0 dla Rosji.
    Ukraina, Kijów, Majdan. Władza Ukrainy jasno sprecyzowała swoje plany zagraniczne – zrezygnowali z podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Rosja nie może pozwolić sobie na wypuszczenie ze swoich wpływów Kijowa. Tańszy gaz, kredyty, obietnice… Cóż, nie idzie tak łatwo. Majdan buntuje się – niestety nie aż tak, by realnie wpłynąć na zmianę polityki Janukowycza. 3:0 dla Rosji, Ukraina pozostała we wschodniej strefie wpływów. 
   Świat zachodni wyraźnie słabnie. Unia Europejska przegrywa politykę sąsiedztwa – prócz Rosji także kraje arabskie dążą do większej dominacji. Dodajmy do tego aspiracje Chin.. Świat Putina? Rok 2013 należał do Władimira Putina. Jego władza w państwie jest niezagrożona – w Rosji nie ma większych demonstracji a sam Putin czuje się silny także na zewnątrz – w końcu to on broni demokracji, on wypuszcza więźniów, rozwiązuje konflikt syryjski… Pytanie – ile jeszcze? Sytuacja zmieni się bezpośrednio po olimpiadzie w Soczi czy Kreml zaczeka trochę na zaostrzenie swojej polityki?
W 2013 roku nie było żadnego przełomu w stosunkach międzynarodowych – miały miejsce wydarzenia – elementy procesowe, które coś zaczęły a koniec ich jak na razie jest niewidoczny…

 

Joanna Kot

Świąteczne prezenty Władimira Putina

       Atmosfera świąteczna otacza nas wszędzie – w sklepach, na ulicach, w telewizji. 
Nie ważne czy celebrujemy i lubimy święta czy traktujemy je jako zwykłe dni wolne od pracy – nie uciekniemy od kolorowych światełek, nastrojowych melodii i tłumów w sklepie. Jest jeden polityk (notabene wg Forbes uznany najbardziej wpływowym w 2013 roku), któremu ewidentnie udzielił się świąteczny nastrój –  jegomość Władimir Władimirowicz Putin. 
Pan Putin otworzył worek z prezentami – zapowiedział amnestie 20 kilku tysięcy więźniów, wypuszczenie dziewczyn z Pussy Riot oraz aktywistów z Greenpeace. Dla kogo ten prezent? Na pewno dla samych zatrzymanych jednostek i ich rodzin. To oczywiste, każda matka ucieszy się, że jej dziecko trzymane kilka lat w więzieniu w końcu usiądzie z nią przy świątecznym stole. Putin dokona tego w kilka miesięcy – na któreś w kolei święta jego wrogowie polityczni wrócą do najbliższych. Prezent piękny, humanitarny.
Humanitaryzm.. Nie wierzmy w dobrą wolę Putina. Nie przyśnił mu się żaden anioł nakazując mu być dobrym człowiekiem, nie dopadły go wyrzuty sumienia – nie odczuł żadnego „ludzkiego” odruchu. Wypuszcza więźniów by zyskać politycznie, ot tyle. Im bliżej Soczi tym Władimir coraz bardziej oszukuje i manipuluje opinią publiczną. Nie jest miłym wujkiem, nie jest świętym Mikołajem, nie jest dobrym człowiekiem – jest bardzo dobrym politykiem. Silny i zdecydowany – to on ustanawia swoje własne prawo. Wypuszcza i ofiaruje łaskę kiedy ma na to ochotę. Buduje doskonale swój wizerunek – prowadzi mediacje w sprawie Syrii, zawiesza walkę z homoseksualistami, wypuszcza więźniów politycznych i nie wtrąca się [głośno i oficjalnie] w sprawy Ukrainy.
Nawiązując do Ukrainy – spotyka się z Janukowyczem i podpisuje kilka strategicznych dokumentów. Realizuje politykę zagraniczną i prowadzi interesy własnego państwa. Krótko: robi to, co powinien. Aby zachęcić Zachód do siebie dodatkowo wypuszcza swojego największego wroga – Michaiła Chodorkowskiego. Zrobił to na prośbę Chodorkowskiego? Faktycznie, jeszcze 7-8 lat temu prośba o łaskę pojawiała się w pismach na biurku Putina – może Kreml ma taki nieład w swoich papierach, że dopiero teraz je odnaleziono? Prosił, nie prosił. W Rosji wszystko jest możliwe. By stworzyć idealny obraz Putina Łaskawego brakuje aby wypuszczono na Ukrainie Julię Tymoszenko. Może i tego dokona Mr Putin? Zachowania Moskwy pokazują jaką uwagę władza przykłada do olimpiady w Soczi.
Putin nie stara się zachęcić prezydentów Niemiec i Francji by przyjechali do Soczi. Putin stara się [i dokona tego] pokazać swoją wielkość, mocarstwowość i bezkonkurencyjność na arenie międzynarodowej. Ułaskawiając więźniów zamyka usta organizacjom międzynarodowym. Amnesty International czy HRW muszą milczeć – nie mają podstaw aby wzywać do bojkotu imprezy. Putin przechytrzył wszystkich dookoła. Pokazuje, że jest dobrym przywódcą, który realizuje „demokratyczne standardy”. Jeśli podczas olimpiady w Soczi dojdzie do skandalu i ataku na Rosję – Putin nie dość, że będzie uznany za ofiarę to dodatkowo otrzyma wsparcie z Zachodu. W końcu jak nie pomóc państwu, które tak bardzo unowocześnia się i szanuje prawa człowieka? 

 

Joanna Kot 

Quo vadis Ukraino?

      Za górami, za lasami, za siedmioma rzekami… leży państwo – Ukraina.
Terytorialnie, społecznie czy mentalnie rozdzielona między zachodnim a rosyjskim światem. Niezdecydowana i niespójna. Szuka własnej tożsamości, przyszłości. 
Unia Europejska, Rosja czy trzecia droga – „lawirowania” między wschodem a zachodem? 
     Kilkanaście dni temu Janukowycz odmówił podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Odmawiając podpisania dokumentu zrezygnował jednocześnie z realizacji zadań, jakie Bruksela postawiła Ukrainie. Nie uwolniono Julii Tymoszenko, nie pozwolono jej także na wyjazd za granicę w celu leczenia. Sprawa Tymoszenko stanęła w miejscu. Nim doszło do spotkania na szczycie w Wilnie sytuacja była jasna – Ukraina stanęła w miejscu. Czy aby na pewno? Cóż, rezygnując ze zbliżenia z Unią Ukraina wykonała krok w stronę Rosji. Pytanie jak wielki krok – czy aby na pewno tak ogromny jak oceniają go światowe media? 
       Jeszcze kilka dni przed planowanym szczytem Azerbejdżan zasugerował Ukrainie plan dobrego przetrwania na arenie międzynarodowej. Unia? Tak. Rosja? Jak najbardziej. W czym tkwi azerski sposób? Róbmy wszystko, z umiarem. Prowadźmy dialog europejski, modernizujmy kraj i współpracujmy gospodarczo z Kremlem. Może ukraińskie veto wobec Brukseli jest wyrazem zgodności z polityką Azerbejdżanu? 
Nie oszukujmy się. Ukraina sama szuka swojej drogi. Nie pierwszej – zachodniej, drugiej – rosyjskiej, trzeciej – azerskiej. Unia Europejska to demokratyczne, zachodnie standardy. Rosja – autorytarne, twarde relacje, Azerbejdżan – równowaga. A Ukraina?
Cóż może zrobić państwo szukające własnej tożsamości? Państwo rozbite na pomarańczowych i niebieskich. Państwo ogarnięte korupcją, nepotyzmem i wielką strukturą oligarchów. Co może zrobić społeczeństwo? Okazuje się, że może – sporo. Setki tysięcy osób, mieszkańców Kijowa wyszło na ulicę protestując poczynaniom ukraińskiej władzy. Rozpoczęły się masowe protesty na kijowskim placu – Majdanie.
Protesty proeuropejskie – nazwijmy więc Majdan – Euromajdanem. Rewolucja? 
Jeszcze za wcześnie by móc ocenić skalę wydarzeń na Ukrainie. Ludzie manifestują, Unia Europejska nie chce dalej negocjować z Kijowem, Janukowycz jeździ do Putina a ludzie stoją i marzną licząc na zmianę sytuacji. Czy mogą coś zmienić?
     Żądają odejścia od władzy premiera Azarowa. Nie udało się. Żądają ustąpienia prezydenta Janukowycza – jak dotąd, bez rezultatu. Janukowycz został wybrany w legalnie przeprowadzonych wyborach. Możemy mieć wątpliwości czy faktycznie legalnie – nie ważne. Zyskał poparcie społeczeństwa, ma je po dziś dzień. Pojawiają się żądania wypuszczenia z więzienia Julii Tymoszenko. Cóż, Julia dalej zamknięta.
Czy wystąpienia prozachodniej części społeczeństwa mają szanse zmienić coś w kraju?
     Na Majdanie zebrała się ukraińska opozycja. Opozycja, którą zazwyczaj więcej dzieli niż łączy. Zwolennicy Unii, środowiska homoseksualne, nacjonaliści i zwolennicy Bandery. Jeden punkt łączący ich to integracja z Zachodem. No dobrze, a co dalej? Kto stanie na czele zmian? Witalij Kliczko? Wydaję się, że ma on największe poparcie wśród skandującego tłumu. Na chwilę obecną nie może jednak kandydować na prezydenta Ukrainy (jeśli, załóżmy, odbyłyby się wcześniejsze wybory). Może natomiast przewodzić proeuropejskim tłumem. Posiada ogromny autorytet – pobudza społeczeństwo do manifestowania swoich poglądów. Natomiast, gdy trzeba – uspokaja tłum przed używaniem jakiejkolwiek formy agresji. Bowiem wystąpienie setek tysięcy zwolenników zachodniej orientacji mają odbyć się w pokojowy sposób. Niestety, miały już miejsce liczne starcia z policją – milicją, Berkutem. Po brutalnej akcji specjalnego oddziału ukraińskiej milicji głos zabrała arena międzynarodowa – głos spokojny, wyważony. Wystosowano liczne zalecenia aby wystąpienia na Ukrainie przebiegały w łagodny sposób. Dyplomatycznie. Opozycja nie była dłużna – milicja z pałkami, protestujący z koparką. Działania Berkuta są brutalne i nijak mają się do szanowania praw człowieka, praw manifestujących. Atakują leżących już na chodnikach, kobiety czy dziennikarzy niszcząc ich sprzęt. Na szczęście nakręcono liczne zachowania milicji – dowód na autorytarne zachowania władz. Władz? Według prezydenta Janukowycza – żadnych władz. Nie miał on bowiem nic wspólnego z atakami na demonstrantów. Prezydent o niczym nie wiedział, nic nie słyszał, nic nie widział… Czysta samowolka milicji, która atakuje przeciwników Janukowycza. 
     Głodówkę przerwała Julia Tymoszenko prosząc naród o siłę i dalsze manifestacje. Ocenia Janukowycza jako autorytarnego przywódcę, który podobny jest do Józefa Stalina. Cóż, póki obecny prezydent jest u władzy – Julia prędko nie opuści więzienia..
  Co dalej? Czy Janukowycz wprowadzi stan wyjątkowy brutalnie likwidując protesty? Teoretycznie, może. Posiada on takie uprawnienie. Praktycznie? Czy sprzeciwi się społeczeństwu, które wytrwale walczy o swoje prawa? Wydaje się, że władza stosuje liczne prowokacje – do tłumów wprowadzane są jednostki, które próbują zorganizować bójki aby następnie sprowokować Janukowycza do użycia sił. Najwyższa władza czeka. Berkut tymczasem „po swojemu” walczy z manifestującymi – rzucając w nich np. jajkami. Cóż, poziom obniża się. Czyżby sama ukraińska milicja była już zmęczona wydarzeniami na Majdanie? Sytuacja wymyka się spod kontroli – w końcu nie każdy oddział milicji wykonuje rozkazy władz – na szczęście, są funkcjonariusze, którzy potrafią odmówić. Posłuszeństwa odmawiają także politycy obozu Janukowycza. 
Niebieska, wschodnia Ukraina załamuję się. Pomarańczowy tłum na Majdanie maleje. Pytanie brzmi – kto ustąpi pierwszy? 

 

Joanna Kot 

Dziecko – zło czyhające na zagubionych księży?

        Dziecko szuka miłości. Ono lgnie, zagubi się samo i jeszcze drugiego człowieka wciąga – tak Abp Józef Michalik podsumował problem wykorzystywanie seksualnego w środowisku polskich księży. Wskazał on winnych – rodziny, rodziców i nieumiejętne zaopiekowanie się własną pociechą. Nie wymaga to komentarza. Kilka dni temu sytuacja w polskim kościele stała się ważnym tematem rozważań mediów międzynarodowych. Polski ksiądz urzędujący na Dominikanie – Wojciech Gil został oskarżony o molestowanie dzieci. Przypadek? Nieporozumienie? Stosujmy zasadę domniemania niewinności, nawet jeżeli w prywatnym komputerze księdza były materiały pornograficzne z udziałem nieletnich. Nic nie zostało udowodnione, jeszcze. 

Arcybiskup: To nieporozumienie, LAPSUS JĘZYKOWY! Stuhr: MAM KURWA DOŚĆ!

      Episkopat polski przeprosił za swoich duchownych, którzy sprawili jakąkolwiek krzywdę dzieciom. W Polsce nie ma tolerancji dla pedofilii – istnieje tak zwany „program zero tolerancji”? Nie do końca. Podczas wystąpienia Episkopatu nie skupiono się na molestowanych i upokorzonych dzieciach. Niefortunnie próbowano zrzucić winę na media, które non stop pokazują w swoich programach demoralizujące treści dla nieletnich. Dodatkowo, same media nagłaśniają sprawę – takie stanowisko przedstawili księża na Konferencji Episkopatu. Doprawdy? Media nagłaśniają wszelkie sprawy, szukają sensacji, tematów chwytnych, popularnych. Na ogół – tematów przykrych. Przekaz medialny ma swoje napięcie i natężenie. Sprzedaje się coś, nad tym trzeba płakać, zastanowić się.
Żyjemy zgodnie z zasadą – „brak wiadomości to dobra wiadomość, dobra wiadomość to nudna wiadomość, zła wiadomość – to wiadomość na pierwszą stronę gazety”. 
     To dzięki popularności i dostępu mediów jesteśmy świadkami wydarzeń zmieniających nasze życie – atak na World Trade Center, wojna w Syrii, wypadek autokaru. W Polsce jesteśmy informowani o maltretowaniach i zabójstwach dzieci. Czym jednak różni się to od zabrania godności jednostce ludzkiej? Rany cięte uzyskane w drugim roku życia będą widoczne na naszym ciele. Możemy je zasłonić, poddać się operacji plastycznej. Rany fizyczne z czasem nie będą tak boleć. Polski Kościół podkreśla problem agresji wobec dzieci. Faktycznie, agresja jest problemem. Pytanie jak można potraktować agresje seksualną i emocjonalną? Molestowanie to nic innego jak jakikolwiek kontakt fizyczny mający na celu doznanie przyjemności seksualnej. Osoba dorosła czerpie przyjemność – a dziecko? Co czuje dziecko? Jak mała istota może odróżnić dobry czy zły dotyk? Jeśli zaufana osoba – np ksiądz wykona zbyt śmiały ruch – jak odbierze to dziecko? Mogą czuć się winne całej sytuacji, boją się otworzyć i zwrócić się z problemem dalej – są tylko dziećmi, wykorzystywanymi przez szanowane w państwie osoby. 
       Winni są dziennikarze, dzieci, rodzice – gdzie wina księży? Abp Michalik wytłumaczył się żałośnie – jakby księża byli piętnastoletnimi zagubionymi nastolatkami, którzy pod wpływem flirtu i podrywu zostały emocjonalnie oszukane przez rok starszych kolegów. Poszkodowany Kościół, niefortunne słowa Abp Michalika? Nie ważne już, że przeprosił za nieporozumienie i sprostował swoją wypowiedź. Politycy także czasami mówią coś złego i nieprzemyślnego. Dziennikarz widzi błąd, pisze o tym, drukuje, ukazuje na wizji – informuje świat. Często po kilku godzinach czy następnego dnia przychodzi sprostowanie. Sprostowanie nikogo już nie obchodzi, wcześniejsze – mocniejsze słowa zachodzą w pamięć. Lapsus językowy? Może my po prostu źle zinterpretowaliśmy wypowiedź arcybiskupa? Może. Pocieszające jest to, że nie jesteśmy w tym sami. Polska stała się popularna w prasie zagranicznej. Media informują, że w naszym kraju można uniknąć molestowania poprawiając relacje między dzieckiem a rodzicem. W Polsce temat pedofilii wśród księży jest tematem tabu, którego boimy się wyjaśnić. Faktycznie, boimy się. Może nie jesteśmy gotowi jako społeczeństwo oddzielić się od Kościoła? 
         Polski temat w prasie międzynarodowej występuje dość rzadko, mało jest Polaków sławnych na cały świat – Jan Paweł II, Lech Wałęsa? Do tego grona dojdzie najnowszy tytuł artykułu australijskiej gazety – „Rozwiedzeni rodzice współwinni za pedofilię”. Przeprośmy za media i całą nagonkę prowadzoną w celu skompromitowania polskiego Kościoła. Wyciszmy sprawę. Niestety, kłóci się to z ogólnym hasłem kościoła katolickiego, który nie zamiata przecież problemów pod dywan. Nie zamiata? 

 

„no news – good news, good news – dull news, bad news – front page story”

 

Joanna Kot

niepełnosprawność demograficzna po rosyjsku.

        Demografia rosyjska – powód dumy czy niepokoju? Od początku upadku ZSRR z każdym rokiem Rosja traci ok 500-600 osób. Nie są to osoby, które migrują z dalekiej Syberii i szukają szczęścia za granicą Federacji. Te jednostki umierają. Z roku na rok liczba zgonów rośnie. Według ustaleń ONZ w ciągu 40 lat Rosja straci 40 milionów ludności. Organizacja Narodów Zjednoczonych optymistycznie analizuje rosyjską demografię, są też tacy, którzy prognozują spadek ludności rosyjskiej równo o połowę – 140 milionowe mocarstwo może liczyć 70 milionów mieszkańców? Najwidoczniej może. Problemy demograficzne w Federacji powinny zmniejszać się proporcjonalnie do rozwoju kraju. Nie można zaprzeczyć – Rosja od początku lat. 90 tych rozwinęła się, nie tyle autokratycznie co gospodarczo i technologicznie. Nie pomogło to zatrzymać przy życiu miliony rosyjskich istnień, dlaczego?                                                                                               Kreml nie potrafi zapanować nad problemami własnego społeczeństwa – ludzie umierają przez alkohol. Na porządku dziennym młodzi mężczyźni ulegają śmiertelnym wypadkom w pracy, w pracy, do której przychodzą pod wpływem alkoholu. Przyjacielem Rosjanina jest wódka. Wódka pojawia się na śniadanie, obiad i kolacje. Jest wszędzie. 

         Rosja to także narkomania – narkotyki, które szerzą się w ubóstwie i doprowadzają do problemu HIV/AIDS. Wybór jest niesamowity – tanie z Afganistanu, modne z państw bałtyckich czy standardowe z Holandii. Każdy w Rosji znajdzie coś dla siebie – dla siebie i możliwości swojego portfela. 
      Rosja to także aborcja – nie jednorazowa czy przypadkowa. Rosyjska aborcja jest środkiem chroniącym przed urodzeniem dziecka. Jeśli Rosjanka jest w ciąży – dokonuje aborcji, średnio 7 aborcji w życiu. 
      Rosyjska medycyna? Dostępna – w Moskwie i innych cywilizowanych miejscach. Rosja dzięki swojemu rozległemu terytorium skazana jest na umocnienie podziału ludzi na bogatych i biednych. Bogaci mieszkają w miastach, mają dostęp do ośrodków medycznych, wybierają dobry alkohol. Biedni narażeni są na zapomnienie, w starych opuszczonych kamienicach lub daleko poza wszelką aglomeracją. Piją, tyle ile potrafią – a żeby zaoszczędzić na alkoholu kupują alkohol niewiadomego pochodzenia. 
    Aborcję w Rosji można zakazać, alkohol ograniczyć podwyższając jego cenę i kontrolując przy tym szarą strefę. Medycynę można ulepszyć – to kwestia nowoczesności i pieniędzy. Możliwe są wszelkie programy zachęcające do zawierania małżeństw, tworzenia rodziny – najważniejsze – do rodzenia dzieci. Pomogą pieniądze, media, uświadomienie społeczeństwa. Rosja potrzebuje zdrowych dzieci – jeśli rodzi się dziewczynka – będzie w przyszłości matką. Chłopiec? Tym lepiej, prócz funkcji prokreacji zasili rosyjską armię. Zdrowi w Rosji mogą więcej – to do nich rząd kieruje programy. Co można zrobić z dziećmi już urodzonymi, które nie mogą w znaczny sposób wspomóc rosyjską demografię? To problem, zapomniany problem. 
        Upośledzone dzieci do 18 roku życia mieszkają w Rosji w kilku rodzajów ośrodków: w domach dziecka lub w zakładach państwowych, specjalnie dla nich utworzonych. Powinny mieć udostępnione prawo do edukacji czy rozwoju. Teoretycznie powinny być wolne i w żaden sposób nie poniżane. Teoretycznie.
W piątek, 20 września ogłoszono efekty spotkania osób odpowiedzialnych w Rosji za kwestie pracy, społeczeństwa i rozwoju społecznego, oraz pedagogów i specjalistów z zakresu neurologii i psychiatrii. W Rosji można podzielić choroby, względem których dzieci umieszczane są w wybranej placówce. Opóźnienie umysłowe, padaczka, schizofrenia, zespół Downa, autyzm oraz dodatkowo: ślepota i głuchota. Według każdej z tych chorób dzieci mają ustalony indywidualny tryb rehabilitacji, rozwoju, nauki.       Według oficjalnych danych (danych pochodzących od Kremla – należy samemu ocenić, czy oficjalnych a nie zaniżonych) 15 % dzieci nie otrzymały jakiejkolwiek możliwości rozwoju. Powód jest prosty – instytucje nie posiadają odpowiedniej pomocy medycznej czy grona pedagogów. W związku z tym, dzieciaki nie są wstanie choć odrobinę się rozwinąć, nie mówiąc już o przystosowaniu do dalszego życia poza placówką. Przebadano wyrywkowo kilkadziesiąt instytucji, zaniedbania zauważono już na samym początku ich obecności w ośrodku – kilkoro wychowanków zostało źle umieszczono do danej placówki, źle względem swojej choroby. Pomylono choroby, złe diagnozy? Możliwe, w Rosji wszystko jest możliwe. 
      W większości chorób można wykształcić, edukować choć każdą jednostkę. Dziecko można nauczyć czytać i pisać, doprowadzić do tego, by zyskało ono chociaż minimalne wykształcenie. W przebadanych placówkach znalazły się dzieci, które mimo czternastego roku życia wciąż nie ukończyli żadnej klasy. 
Dzieci z porażeniem mózgowym mają w swojej dokumentacji medycznej ustalony program ćwiczeń – zdarza się, że placówka w której pociecha się znajduje nie ma żadnej maszyny do ćwiczeń i rehabilitacji. Inny ośrodek znajdujący się kilkanaście kilometrów dalej posiada ekspertów i sprzęt potrzebny do rehabilitacji. Żaden problem – można przenieść dziecko. Jak się okazuje, to jest problem.
Dzieci z aparatami słuchu powinny mieć możliwość noszenia ich zawsze – niestety, otrzymują je na równe piętnaście minut wizyty u logopedy. Osoby głuche – zostaną głuche. Osoby ślepe? Bywają ośrodki, gdzie dzieci nie mogą nosić okularów – szklane okulary mogą zrobić krzywdę. Czy ktoś pomyślał o okularach plastikowych? Dzieciaki posiadający nadpobudliwość ruchową czy zespół Downa zamykane są w pasy bezpieczeństwa czy na stałe zostają przywiązane do łóżek. Dlaczego? Łatwiej zakneblować i udawać, że nie ma problemu niż walczyć o rozwój każdego dziecka. 
       Zastanawiające jest ile w tym przypadku jest osób niepełnosprawnych w Rosji. Mamy stwierdzone choroby dzieci, Amnesty International od 10 lat walczy o poprawę ich losu. Dla pracowników domów dziecka i innych ośrodków dzieci chore psychicznie nie nadają się do edukacji. Dzieci z chorobami psychicznymi są wstanie się uczyć – co prawda wolniej, jednak potrafią. Kto w takim razie jest chory, dziecko mające możliwość rozwoju czy zaszufladkowany nauczyciel głoszący swoje własne, medycznie niesprawdzone poglądy?      Jeśli niepełnosprawność rozumiemy pod pojęciem ograniczenia, niemocy czy niemożności prowadzenia życia i zachowywania się w sposób typowy dla człowieka – ile w takim razie osób pełnosprawnych nas otacza?

 

Joanna Kot

       

Polskie zacofanie – bałtycki spryt.

    W XXI wieku, w dobie komputerów i globalizacji zanikła książka. Wraz z rozwojem cywilizacji my, Polacy, chyba ją gdzieś zagubiliśmy. Dane są przerażające – w ubiegłym roku jedynie 11% społeczeństwa to czytelnicy. Przeczytali oni siedem i więcej pozycji – wydrukowanych i elektronicznych (wliczając w to nawet jednorazowy kontakt z albumem fotograficznym, książką kucharską czy słownikiem). Dłuższych, pojedynczych artykułów w prasie także nie przyswajamy. 
     Czy czytanie w Polsce nie jest modne? Od kilku lat powstają w naszym kraju akcje mające zachęcić do zapoznania się z książkami. Cała Polska czyta dzieciom.
Zaopiekuj się książką. Miejscowe podróże książkowe. Czytamy pod chmurką. 
Nie czytasz? Nie nie idę z Tobą do łóżka. A Ty do czego używasz książek? 
Strefa wolnego czytania. Wychowanie przez czytanie. Zakochaj się w czytaniu. 
Nie jestem statystycznym Polakiem – czytam książki. I Ty możesz czytać książki. 
     Niestety, mimo prób i nagłaśniania akcji w telewizji, na portalach społecznościowych lub dosłownie, na ulicy – akcja nie działa, nie w naszym kraju.
Jednym z argumentów jakim bronią się ci, którzy nie czytają książek jest problem jej zbyt wysokiej ceny. Naprawdę? Jeśli faktycznie zbyt wygórowana cena powoduje w Polsce spadek czytelnictwa to może powinniśmy brać przykład z maleńkiej Estonii? Polacy kupują nieco ponad 7 książek na 100 osób. Dla porównania w Estonii – ponad 40 pozycji. 
Estonia uzyskując niepodległość po upadku ZSRR musiała (jak inne nowe kraje) przeorientować założenia swojej dotychczasowej polityki. Państwa bałtyckie szybko ustaliły kierunek swojej wolnej polityki. Łotysze postanowili zostać centrum bankowym regionu. Estończycy postawili na Internet, nowe technologie i rozwój swoich obywateli. To właśnie oni wytworzyli takie aplikacje jak KaZaA, Hotmail czy Skype. Wkraczając w XXI wiek uruchomili internetową administrację, czy głosowanie przez telefon komórkowy.      Nie zapomnieli o podstawach – rozwoju pojedynczej jednostki. Zauważyli, że naród oczytany to naród mądry. W 1994 roku wprowadzili ustawę – 6% z wpływów, jakie w formie podatków spływają do kasy państwa z alkoholu, tytoniu i hazardu, jest przeznaczane na wspieranie krajowej literatury. Przykładowo, w 2012 roku dzięki zyskowi ze sprzedawanego alkoholu w Estonii wydano dodatkowo około 4000 publikacji. Co ciekawe, w Finlandii (która posiada pięć razy więcej mieszkańców niż Estonia), wydano mniej książek. Finowie pomagają estońskiej literaturze. To oni są największymi fanami estońskiego alkoholu na świecie. W zeszłym roku 84% Finów kupiło estoński alkohol. Kupując napoje procentowe Finlandia nie tyle wzbogaca estoński budżet, dzięki niej powstaje wiele nowych książek, a Estończycy czytają coraz częściej i więcej.
Jest jakiś pomysł. Nie tylko w kwestii czytelnictwa powinniśmy brać przykład z mieszkańców tego kraju. Wyprzedzają nas pod względem konkurencyjności gospodarki, dostępności do Internetu, powszechność telefonii komórkowej czy badań medycznych.           Wracając do sytuacji polskiego czytelnictwa – cena książek nie powinna być wymówką, są na to inne sposoby – wyprzedaże, antykwariaty czy korzystanie z bibliotek. Ankietowani biorący udział w badaniach przyznali się, że kiedyś – przed 2008 rokiem byli częstymi czytelnikami. Obecnie, po prostu nie mają na to czasu. Czy coś szczególnego zmieniło się w Polsce kilka lat temu? Jeśli zgadzamy się z argumentem braku czasu to jak wytłumaczyć to na przykładzie innych krajów? Problem z czytaniem nie dotyczy rozwijającej się Estonii, Finlandii, Szwecji, Norwegii, Kanady czy Singapuru. Cóż, trzeba szukać innych argumentów. 
      Może to problem większej ilości ludzi wykształconych w państwie? Kiedyś wykształcenie wyższe było czymś elitarnym, prestiżowym. Obecnie na studia wyższe wybiera się większość absolwentów szkół ponadgimnazjalnych. Licencjat czy magister przed nazwiskiem nie jest już czymś nadzwyczajnym. Ludzie wykształceni, posiadający dyplom niekoniecznie są osobami inteligentnymi . 17% osób z wyższym wykształceniem w ciągu ostatniego roku nie przeczytało żadnego czasopisma. Mamy problem, typowo polski problem. 
        Nie można tego ukrywać – nasz kraj rozwija się znacznie wolniej od Europy Zachodniej, Skandynawii czy azjatyckich tygrysów. Aby się rozwinąć należy mieć na to jakiś plan, pomysł. Aby tego dokonać potrzeba wyobraźni. Świat przedstawiony w książce, na ogół czarno-biały musimy należy samemu ożywić, dodać barw, zinterpretować.       Może faktycznie powinniśmy popatrzeć jak promują czytanie rozwinięte państwa Europy? W Estonii i krajach skandynawskich telewizja częściej emituje filmy i programy z napisami, niż z lektorem. W Polsce napisy filmowe możemy zobaczyć w kinie – co nie cieszy polskiej publiczności. Czy naprawdę jesteśmy tak leniwym narodem?  

 

Joanna

Jedno zdanie

    Czasami jedno zdanie, jeden tekst, dokument czy wynik potrafią zmienić dotychczasowe życie. Możemy ustalić swoją przyszłość, wspinać się po ścieżkach kariery i nagle spaść. Możemy planować podróż, która w ostateczności nie będzie mieć miejsca. Żyjemy w szczęśliwym związku do czasu aż dostaniemy papiery rozwodowe, kartka formatu A4 niszczy nasze dotychczasowe życie. Nagle znajdujemy się w innym miejscu, na innej pozycji, z innymi marzeniami, na ogół – z dodatkowymi problemami. Wszystko na nas wpływa, a my poddajemy się temu nieuchronnie.
Człowiek posiadający olbrzymią władze potrafi zmienić rzeczywistość międzynarodową. Może próbować podbić świat. Mając władze i autorytet zdziała on cuda. Nie musi być lubiany i nie musi budzić pożądania. Na ogół zapamiętujemy osoby, które nas irytują. Irytacja budzi zainteresowanie, dana postać osiąga swój cel – jest rozpoznawana w szerokim gronie.
     Możemy nie darzyć sympatią Baracka Obamy, nie musimy ustosunkować się do republikanów czy demokratów, nie musimy wybierać, jesteśmy wolni. Jedna osoba z amerykańskiej dyplomacji dzięki obecnej sytuacji międzynarodowej jest popularna – analizowana w wiadomościach, w Internecie. Sekretarz stanu, John Kerry – to człowiek, który budzi zainteresowanie. Jego nazwisko pojawia się w mediach częściej niż samego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Kilka dni temu John Kerry podziękował Rosji za wszelkie próby rozmów dotyczących zakończenia problemu w Syrii. 
      Można prowadzić twardą politykę zagraniczną i być negatywnie nastawionym na jakiekolwiek kompromisy. Pokazujemy silne stanowisko i mocno oddziałujemy na innych. Nagle ogłaszamy jedno, znaczące zdanie. Tak postąpiła Rosja. Minister Spraw Zagranicznych Ławrow zaproponował neutralne rozwiązanie konfliktu – objęcie kontroli nad syryjską bronią chemiczną.
John Kerry i Siergiej Ławrow poruszyli areną międzynarodową. Dotychczas Obama ogłosił plan interwencji na Syrię, przekazał ostateczną decyzję w ręce kongresmenów rządu amerykańskiego. W między czasie Syria ogłosiła stan gotowości i odparcie sił Waszyngtonu. Decyzja USA przeciąga się, Obama traci szacunek wielu wyborców. Rosja, jak to Rosja wcześniej wielce przeciwna jakichkolwiek interwencji, teraz pokazuje plan B. Obama nie ustosunkował się do tej wizji. John Kerry prosi o jej rozwinięcie – aby USA mogły podjąć decyzje.
    Jeden neutralny w obecnym konflikcie pomysł buduje z Kremla oazę demokracji. Nie chce ona być odpowiedzialna za jakikolwiek atak, atak na armię Assada i na cywilów, którzy mogą umrzeć najzwyczajniej przypadkowo. To policzek dla samego Obamy.
Jedno zdanie wychodzące od Rosji przemieszało obozy polityczne w Europie. Niemcy i Francja są zaciekawieni pomysłem. Obama traci grunt pod nogami. Jako prezydent najsilniejszego państwa na świecie wydaje się być zagubiony tak, jakby ktoś właśnie zabrał mu pluszowego misia, z którym zaprzyjaźnił się przez ostatnie kilka tygodni. Ten pluszowy miś okazuje się być zużytą zabawką. Obama nie może już z dumą liczyć na poparcie narodu. Ktoś go przechytrzył. Ktoś – Rosja. Sama Syria wyraziła się przychylnie wobec propozycji Kremla. Wydarzenia toczą się z dala od głównego zainteresowanego – Baracka Obamy. 
W całej sytuacji odnalazł się John Kerry – nie zburzył koncepcji rosyjskiej, daje czas, nie mówi nie. Zachowuje się jak dyplomata, jak na dyplomatę przystało. Zyskał popularność, kto wie, może już tym posunięciem otworzył sobie drogę do Białego Domu?
     Jedno zdanie, propozycja, której nikt się nie spodziewał może zniszczyć kilka karier politycznych lub rozsławić innych. Jedno zdanie, kartka papieru, decyzja, cokolwiek – świat pędzi do przodu.  

 

 

Joanna